Miki z Afryki – wywiad

Chciałabym Cię zapytać o początek Twojej przygody z wolontariatem w Afryce. Jaka była Twoja pierwsza myśl, która przyszła Ci do głowy, kiedy wysiadłeś z samolotu i postawiłeś nogę na czarnym lądzie?

Na początku było to dla mnie dużym szokiem. Towarzyszyła mi ciekawość połączona ze strachem. Byłem zdeterminowany do tego, co będę tu robił, ale jednocześnie bardzo zdenerwowany.

Co było największym zaskoczeniem dla Ciebie, kiedy przyjechałeś do ośrodka salezjańskiego?

Najbardziej zaskoczyły mnie uśmiechnięte twarze, atmosfera serdeczności, entuzjazmu. Od razu mogłem im zaufać, nie bać się poprosić o pomoc. Wiedziałem, że możemy traktować siebie nawzajem jak przyjaciele.  Kiedy przyjechałem, wszyscy bardzo serdecznie mnie powitali, cieszyli się, że przyjechałem. Tak jak większość wolontariuszy przedstawiłem swój plan działania, zapewniłem ich, że będę dla nich dostępny 24 godziny na dobę i chętnie im pomogę w różnych sprawach, jakie do mnie będą mieli.

 

Jaki był więc Twój plan, z jakim przyjechałeś do Zambii?

Miałem prowadzić  Oratorium, ale w pewnym momencie okazało się, że brakuje nauczycieli w szkole i zapytano się mnie, czy mogę poprowadzić jakieś lekcje. Tak więc uczyłem biologii, matematyki i angielskiego. Potem pojawił się pomysł prowadzenia darmowych, popołudniowych zajęć o charakterze podobnym do korepetycji, na które mogłyby uczęszczać dzieci niemogące z różnych względów, głównie finansowych, chodzić do szkoły. Podzieliliśmy się przedmiotami, prowadziliśmy zajęcia od poniedziałku do soboty.

 

Odzew na waszą inicjatywę nie był taki, jak oczekiwaliście?

Był zdecydowanie mały. Spodziewaliśmy się, że przyjdzie mnóstwo osób, bo nie dość, że przyszedł do nich biały człowiek, to jeszcze chce im coś powiedzieć, nauczyć  i jeszcze robi to za darmo. Inni bracia uczący w naszej wspólnocie proponowali im różne zajęcia. Na pierwsze zajęcia przyszły dwie osoby i to było coś, co musieliśmy przyjąć, nie zrażać się i realizować dalej swój projekt. Liczyliśmy na 50 – 60 osób, a okazało się, że najwięcej to było 10 osób.

 

Jak myślisz, czym to było spowodowane?

Kiedy się wejdzie bardziej od wewnątrz i lepiej ich pozna, odkrywa się, że oni są dosyć leniwi, rezygnują z naszych zaproszeń, wolą posiedzieć w domu, pograć w piłkę niż się czegoś nauczyć. Pewnie jest to spowodowane tradycją. Kiedy nie ma tradycji chodzenia do szkoły, z ojca, dziada, pradziada, to wolą pójść na boisko i pograć z kolegami niż siedzieć w klasie.

 

Jak jest odbierany biały człowiek w afrykańskim środowisku?

W środowisku lokalnym biały człowiek kojarzy się z kimś, kto ma pieniądze, jest bogaty i nie za bardzo chce mi pomóc. To też mnie dziwi, bo mając do czynienia z tyloma wolontariuszami, można by twierdzić, że łatwo zmienić postrzeganie białego człowieka, a chyba nie jest tak do końca.

 

Czy Wasze działania mają naprawdę realny wpływ na życie tych ludzi?

Wydaje mi się, że ludzie z zewnątrz zawsze poszerzają horyzonty, bo tamtejsza ludność  nie ma możliwości ani chęci działania. Myślę, że wolontariusze bardzo im pomagają. Z osobami, które długo przychodzą do ośrodka można porozmawiać o wszystkim – także o sytuacji politycznej czy społecznej. Jednak mimo to brakuje im takiej zawziętości, żeby to życie zmienić.

 

Dużo osób ma takie wrażenie, ze jadąc na wolontariat spełni „misję białego człowieka”, będzie oświecał tych ludzi. Jednak okazuje się, że to oni więcej nas uczą. Czy Ty też tak miałeś?

Myślę, że to zdecydowanie prawda. Też na początku myślałem, że jak tam pojadę, to wszyscy będą wokół mnie skakać. Oczywiście przeliczyłem się. Nauczyli mnie dostrzegania swojej wartości, ale też zweryfikowali moją wiedzę. My tutaj w szkołach uczymy się wielu rzeczy teoretycznych, jednak kiedy chcemy tą wiedzę wykorzystać, nie zawsze efekt jest taki, jak nas uczyli.  Ludzie, którzy tam mieszkają nauczyli mnie większego szacunku do tego, co mamy i tego, że szczęście jest na każdym kroku i tylko wystarczy wyciągnąć po nie rękę.

Miałem też taką sytuację, że pytałem się jednej dziewczyny – studentki, co będzie robiła wieczorem. Odpowiedziała, że wraca do domu, bo ma do wykarmienia dwie siostry i brata, ale po drodze pójdzie jeszcze na bazar po coś na kolację. Zapytałem wtedy, dlaczego nie zamówi czegoś do domu, na przykład jakiejś pizzy. Odparła, że ma 5 kwacha – to jest gdzieś około 2 zł i musi jej to wystarczyć, żeby kupić paprykę i kawałek szimy. Najbardziej zdziwiło mnie to, że mówiąc o tym, była uśmiechnięta i nie narzekała. Kiedy spytałem czy to nie za mało, czy nie będzie głodna, odpowiedziała, że nie, bo zazwyczaj tyle jedzą. Nie było w tym żadnej złości ani smutku. Nie widziała żadnego problemu w tym, żeby na kolację jeść cztery osoby jedną paprykę. Co też jest ciekawe, oni żyją z dnia na dzień – jakiekolwiek dłuższe planowanie wychodzi tam bardzo ciężko, ale zawsze są na czas. Zawsze są radośni. Bardzo rzadko słyszałem, żeby na coś narzekali. Nie wiem, czy to się bierze z tego, że są tacy szczęśliwy czy coś ukrywają. Raczej są po prostu zadowoleni z tego, co mają, robią, co otrzymują.

 

I to jest właśnie ta rzecz, której mogli by nas nauczyć.

Tak. Przede wszystkim szacunku do tego, co nas otacza.

 

Czy trudne było dla Ciebie przestawienie się na ten tryb życia, bo jednak nie były to luksusy – wygodne łóżko, dom z basenem. Jak wyglądało to w praktyce?

Czysto praktycznie wyglądało to tak, że przez pierwszy tydzień bardzo trudno było przystosować się, nie tyle do warunków – bo miałem łóżko, łazienkę, wodę –  co raczej do zachowań ludzi. Jedzenia, co prawda, nie było za dużo. Tam posiłek, który dzieliliśmy na 5-6 osób, mogłyby spokojnie zjeść dwie osoby. Najbardziej męczyły mnie takie psychiczne sprawy. Na początku ludzie byli mną zaciekawieni, ale nie pokazywali tego, nie przychodzili do mnie. Kiedy pierwszy raz poszedłem do Oratorium, tam było tylko 12 osób. Tam jest w stanie przyjść na przykład 50 osób, ale nie robią tego. Tak jak mówiłem wcześniej, myślałem, że przyjadę i oni wszyscy będą wokół mnie biegać, a okazało się, że oni też mają swoje życie i swoje zajęcia. Ja jestem tylko kolejnym wolontariuszem, który owszem, przyjedzie i pomoże im, ale jednak nie jestem pępkiem świata.

 

Czy trudno było Ci się przestawić po powrocie do Polski? Jednak w Afryce wiodłeś zupełnie inne życie.

 Tak. Tak jak ciężko było mi się przestawić na ich tryb życia – taki spokojny, bezstresowy, tak samo ciężko było przestawić się na ten nasz europejski styl życia, zawsze w pogoni za czasem. Sprawy muszą być załatwiane na punkt – dosłownie o tej godzinie musisz to i to zrobić. Wiele osób dookoła mnie, szczególnie rodzina, bardzo negatywnie to odbierała. Ja wiedziałem, że to zrobię, tylko że za chwilę, teraz muszę zająć się czymś innym i później do tego podejdę. Także słowo problem zniknęło z mojego słownika. Kiedy zobaczyłem, jakie oni mają tam problemy, to jest mi teraz wstyd mówić, że ja mam jakiś problem. Trudno to jednak zrozumieć mojej rodzinie czy bratu.

 

Czy zastanawiasz się nad ponownym wyjazdem na wolontariat?

Plany mam duże, ale zawsze mówię, że to, co będzie, to wolę omówić najpierw z górą i wtedy zrobić, to co słuszne. Jednak bardzo chciałbym polecieć jeszcze raz. Czy na stałe to nie wiem, jak się uda to jak najbardziej, bo bardzo mi się spodobał ten tryb życia. Nie tylko same wyloty do Afryki, ale sam sens tego – dawanie siebie innym. Dostaję też dużo pozytywnych wiadomości np. „super robota”  czy „nie wiedziałem, że tacy ludzie istnieją”. Ja to odbieram, że to jest coś ważnego, ale też zobaczyłem że można to robić i wolę to robić dalej.

 

Z Mikołajem Koniecznym rozmawiała Magdalena Klyta.

 

 

Duszpasterstwo

Duszpasterstwo

W Domu Pielgrzyma działa duszpasterstwo młodzieży, organizujące szereg spotkań o charakterze rekolekcyjnym.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *